Pixel 10 wyraźnie zmienia układ aparatów względem poprzednika. Po raz pierwszy w podstawowym modelu pojawia się teleobiektyw i to od razu z 5-krotnym powiększeniem optycznym — rozwiązanie rzadkie poza flagowcami, a prawdopodobnie jedyne w tej klasie. Minusem jest niższa rozdzielczość modułu ultraszerokokątnego niż w ubiegłorocznej wersji. Zestaw wygląda tak: 48 MP, f/1.7, 25 mm, dual-pixel PDAF i OIS jako główny; 10,8 MP, f/3.1, 112 mm (tele) z 5× optyką i OIS; 13 MP, 120° (ultraszeroki) z PDAF; z przodu 10,5 MP, f/2.2, 95°, 20 mm z PDAF do selfie. Jak zwykle u Pixeli, jakość zdjęć nie wynika z „papierowej” specyfikacji, lecz z fotografii obliczeniowej, którą Google rozwijał na długo przed modą na „AI”. Mimo że Pixel 10 nie ma sensorów z wersji Pro i brakuje mu części opcji w aplikacji (brak ręcznego sterowania ostrością, czasem migawki i czułością ISO), potrafi zaskoczyć: nocne ujęcia są bardzo dobre, makro daje niespodziewanie duże powiększenie, a kolory są atrakcyjne — cechy, które u wielu producentów trafiają dopiero do topowych modeli.
Największym zaskoczeniem okazało się cyfrowe 20× z teleobiektywu. Teoretycznie z matrycy 10 MP trudno „dowieść” czterokrotnego cyfrowego powiększenia ponad 5× optyczne, ale algorytmy robią tu różnicę: bywa, że efekt jest lepszy lub gorszy, jednak w codziennych sytuacjach 20× okazuje się naprawdę użyteczne. Wśród nief lagowców Pixel 10 oferuje najpraktyczniejszy, „używalny” zoom. A porównując maksymalne 100× w Pixelu Pro z Samsungami S25 Ultra i S24 Ultra, trudno nie odnieść wrażenia, że upscaling Google jest po prostu lepszy — a zwykły Pixel 10 także na tym zyskuje.